Jedyną jak dotąd próbą przyśpieszenia czasu postępowania
sądowego była przygotowana przez ministra Gowina nowelizacja Ustawy o ustroju
sądów powszechnych. Została ona szybko cofnięta przez następców, jednak nawet
gdyby weszła w życie, nie osiągnęłaby zamierzonego celu. Podstawowy błąd
reformy polegał na założeniu, że opóźnienie w rozpatrywania spraw przez sądy
wynika ze złej administracyjnej struktury pracy sędziów. Zbyt wiele spraw,
zdaniem autorów projektu, jest rozpatrywanych w
dużych sądach miast wojewódzkich a nazbyt mało w sądach małych miejscowości czy
gmin. Dlatego reforma opierała się na likwidacji zamiejscowych wydziałów Sądów
Rejonowych. Sędziów tam pracujących chciano przerzucić do większych sądów.
Tymczasem należało zwiększyć ogólną liczbę sędziów w dużych okręgach sądowych,
zatrudniając nowych. A problemu zbyt małej ilości spraw w mniejszych sądach,
nie powinno się rozwiązać przez zmniejszenie etatów zatrudnionych tam sędziów,
tylko wprowadzenie zasady ich mobilności- w razie braku spraw w swoich
siedzibach, prowadziliby oni sprawy w większych ośrodkach sądowych. W efekcie
przy niewielkim nakładzie finansowym (obecnie na płace dla sędziów budżet
przeznacza ok. 3,5 mld zł rocznie; zwiększenie liczby etatów i dodatki za
dojazdy kosztowałoby podatników mniej więcej tyle samo), polskie sądownictwo z
jednego z najbardziej opieszałych, stałoby się najprężniej działającym w
Europie.